Z raportu „Przywrócić rangę, zatrzymać talenty – strategia rewitalizacji korpusu lekarzy Sił Zbrojnych RP. Diagnoza deficytów kadrowych oraz program reform strukturalnych wojskowej służby zdrowia” Wojskowego Instytutu Medycznego – Państwowego Instytutu Badawczego w Warszawie wynika, że jeden lekarz w polskim wojsku zabezpiecza średnio 260-270 żołnierzy. Dla porównania w armiach państw NATO standardem jest jeden lekarz na 100 żołnierzy. Jest Pan Profesor głównym autorem tego dokumentu. Czy kryzys kadry medycznej w polskim wojsku jest ewidentny?
– Zjawisko dotyczy każdego szczebla kadry medycznej – nie tylko lekarzy, ale również ratowników i pielęgniarek. W raporcie skoncentrowaliśmy się na lekarzach – jak wyjaśniono we wprowadzeniu, jest to grupa najłatwiej policzalna dzięki prowadzonym rejestrom, a precyzyjne dane stanowią fundament rzetelnej analizy. Zależało nam na wypracowaniu metodyki, którą w przyszłości można by wdrożyć do analogicznych analiz obejmujących pozostałe grupy zawodowe środowiska medycznego w Siłach Zbrojnych RP.
W przypadku lekarzy niedobór kadrowy wynosi 41% – w liczbach bezwzględnych oznacza to brak 618 specjalistów w strukturach wojskowej służby zdrowia.
Równie istotna pozostaje struktura kwalifikacji – około 72% lekarzy wojskowych to osoby w trakcie specjalizacji lub przed jej rozpoczęciem. Pełną samodzielnością w podejmowaniu decyzji medycznych dysponuje zatem niespełna jedna trzecia korpusu. Priorytetem powinna więc być nie tylko rekrutacja, ale też zapewnienie warunków do sprawnego uzyskiwania specjalizacji przez już służących w wojsku. Kolejne wyzwanie stanowi struktura stażowa korpusu – około 80% lekarzy wojskowych ma wysługę nieprzekraczającą 15 lat. W perspektywie najbliższej dekady znaczna część z nich nabędzie uprawnienia emerytalne i będzie mogła odejść ze służby. Wszystkie wymienione czynniki stanowią w przyszłości realne zagrożenie dla stabilności zabezpieczenia medycznego sił zbrojnych.
W raporcie zdefiniowali Państwo przyczyny tego stanu rzeczy
– Przeprowadzone przez nas analizy jednoznacznie wskazują, że źródłem kryzysu kadrowego jest sposób, w jaki lekarze wojskowi oceniają własną sytuację zawodową oraz perspektywy dalszego funkcjonowania w siłach zbrojnych. Zacznijmy od studentów – ta grupa dostarcza szczególnie niepokojących danych, ponieważ mówimy o osobach, które zaledwie kilka lat temu rozpoczęły służbę wojskową, podejmując naukę w Kolegium Wojskowo-Lekarskim. Otóż jedynie 41% z nich deklaruje chęć pozostania w armii po ukończeniu studiów. 28% pozostaje niezdecydowanych, natomiast 31% skłania się ku rezygnacji ze służby. Jeszcze bardziej alarmujący jest inny wynik: ryzyko decyzji o odejściu wzrasta ponad dwukrotnie wśród studentów ostatnich lat w porównaniu z młodszymi rocznikami. Innymi słowy – im dłuższy kontakt z realiami służby wojskowej, tym słabsza motywacja do związania z nią kariery, a entuzjazm rekruta ustępuje miejsca rezygnacji absolwenta.
Jakie są zatem ich główne oczekiwania?
– Studenci wskazali następujące oczekiwania – w kolejności od najważniejszego. Po pierwsze: przewidywalna ścieżka kariery, czyli jasne perspektywy rozwoju i awansu po ukończeniu studiów. Po drugie: gwarancja dostępu do specjalizacji. Po trzecie: możliwość rozwoju zawodowego i naukowego. Kolejnym istotnym oczekiwaniem są właściwe relacje z przełożonymi. W tym miejscu pojawia się wyraźny sygnał pod adresem sił zbrojnych: kultura organizacyjna wymaga nieustannego doskonalenia. Nie może pozostawać zakorzeniona w poprzedniej epoce, podczas gdy nowe pokolenie formułuje już zupełnie inne oczekiwania. Wreszcie – i ten element znajduje silne potwierdzenie w standardach organizacyjnych wielu armii państw NATO – zapewnienie warunków do harmonijnego łączenia obowiązków służbowych z życiem prywatnym.
I co ciekawe kwestie finansowe nie odgrywają tutaj takiej pierwszorzędnej roli, chociaż zarobki wojskowych lekarzy są niższe niż tych cywilnych
– Ten wynik bardzo mnie cieszy, ponieważ definitywnie pozwala rozprawić się z utrwalanym przez lata mitem – przekonaniem, że problem kadrowy lekarzy wojskowych da się rozwiązać samymi podwyżkami wynagrodzeń. Tymczasem zaledwie 13% ankietowanych wskazuje wynagrodzenie jako czynnik decydujący o pozostaniu w służbie. Dla zdecydowanej większości kluczowe znaczenie mają elementy wymienione wcześniej – przede wszystkim możliwość rozwoju zawodowego, przewidywalna ścieżka kariery i gwarancja dostępu do specjalizacji.
Jakie jeszcze elementy ten program naprawczy powinien zawierać?
– W raporcie szczegółowo omawiamy również kwestie wynagrodzeń – proponujemy konkretne rozwiązania restrukturyzacji obecnego systemu. Zwrócę uwagę na skalę problemu: lekarz wojskowy ze specjalizacją otrzymuje wynagrodzenie o 4 do 19% niższe od minimalnej stawki gwarantowanej ustawą o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia pracowników zatrudnionych w podmiotach leczniczych. Nie najniższe na rynku – najniższe dopuszczalne prawem.
Nie jest to już wyłącznie kwestia merkantylna. Chodzi o coś znacznie poważniejszego – o podprogowy komunikat, który system wysyła każdego miesiąca wraz z przelewem wynagrodzenia: „Twoje wynagrodzenie odzwierciedla wartość, jaką przypisujemy twojej pracy”. I właśnie ten sygnał jest najbardziej destrukcyjny – bardziej niż sama kwota, bo uderza w poczucie godności zawodowej i sensu służby.
Skutki tego modelu są wyraźnie widoczne w statystykach odejść. Kandydaci chętnie podejmują studia, następnie przechodzą wieloletni proces kształcenia specjalistycznego finansowanego przez państwo, aby zrezygnować ze służby dokładnie w momencie, w którym osiągają najwyższą wartość operacyjną dla sił zbrojnych. Cywilny system ochrony zdrowia zyskuje świetnie wyszkolonych specjalistów, natomiast armia, która poniosła pełne koszty tej inwestycji, nie osiąga zakładanych celów. Z perspektywy ekonomii państwa jest to model wysoce nieefektywny: przy 2-3-krotnie wyższych kosztach kształcenia i szkolenia lekarzy wojskowych system nie tylko nie zabezpiecza własnych potrzeb kadrowych, ale w praktyce zasila rynek cywilny, pogłębiając deficyty wewnętrzne.
Dlatego postulujemy pilne ustalenie klarownej relacji między zaangażowaniem, rozwojem kwalifikacji wymaganych przez armię a poziomem wynagrodzenia. Nie chodzi o to, aby lekarze wojskowi zarabiali więcej niż cywilni – w żadnym państwie NATO tak nie jest – ale o to, aby wynagrodzenia nie odbiegały rażąco od realiów rynkowych, bo tylko wtedy pozyskiwanie i zatrzymywanie specjalistów w służbie przyniesie korzyści obu stronom.
To ewidentna dyskryminacja środowiskowa.
– Tak, i dlatego obecna sytuacja musi ulec gruntownej zmianie. Postulujemy, aby zwiększanie uposażeń następowało poprzez powiązanie ich wysokości z nabywanymi kompetencjami istotnymi z punktu widzenia wojskowej służby zdrowia. Każdy kurs, każde szkolenie, każda nowa specjalizacja odpowiadająca potrzebom sił zbrojnych powinny być premiowane dodatkowym wynagrodzeniem. W ten sposób uzyskujemy podwójny efekt: z jednej strony satysfakcję lekarzy, z drugiej – pewność, że środki wydatkowane na wynagrodzenia stanowią trafną inwestycję bezpośrednio przekładającą się na zdolności operacyjne armii.
Druga kwestia – i w mojej ocenie najcenniejszy element raportu – to coś, czego wojskowa służba zdrowia nigdy dotąd nie posiadała: kompleksowa ścieżka kariery lekarza wojskowego od rekruta do mentora. Model obejmuje 25 lat służby podzielonych na pięć etapów rozwojowych. Uważam to za rozwiązanie przełomowe, ponieważ odpowiada na pytanie, które dzisiejsze pokolenie zadaje każdemu pracodawcy: „Gdzie widzi mnie pan, pani za pięć, dziesięć lat? Co możecie zaoferować w zakresie podnoszenia kompetencji i dalszego rozwoju?”. Siły zbrojne muszą umieć na to pytanie odpowiedzieć – konkretnie i wiarygodnie.
Dlatego każdemu etapowi przypisaliśmy określone cele rozwojowe: realizację specjalizacji, wykonywanie zadań operacyjnych, szkolenia odpowiadające potrzebom sił zbrojnych, a na dalszych etapach – uczestnictwo w projektach strategicznych realizowanych we współpracy cywilno-wojskowej. Lekarz wojskowy otrzymuje więc od samego początku służby jasną perspektywę rozwoju zawodowego, obejmującą zarówno kształcenie w ośrodkach krajowych, jak i możliwości oferowane przez Sojusz Północnoatlantycki, tj. szkolenia specjalistyczne oraz staże w centrach NATO.
Widzimy, że zabiega się o sprzęt wojskowy, ale inwestycje w wykształcenie dobrych medyków w liczbie gwarantującej zabezpieczenie ludności to wciąż odsuwany i pomijany problem przez decydentów.
– Tracimy tym samym z pola widzenia kwestię fundamentalną: zdrowie powinno być traktowane jako integralny komponent odstraszania i obrony. Potencjał obronny państwa nie wyraża się wyłącznie liczbą pocisków, czołgów czy armatohaubic. Równie istotne są spójność społeczna oraz sprawność systemu ochrony zdrowia i ratownictwa – służb odpowiedzialnych za reagowanie na skutki każdego kryzysu. Tymczasem nasze analizy wskazują na poważne luki w tym obszarze. Przede wszystkim brakuje strategicznych rezerw sprzętu, leków i materiałów medycznych na wypadek długotrwałego konfliktu. Nie mówię o zabezpieczeniu na dwa czy trzy miesiące – mówię o scenariuszu przedłużającej się wojny, który wymaga zarówno zdywersyfikowanych i sprawdzonych łańcuchów dostaw, jak i rozwiniętych krajowych zdolności produkcyjnych – najlepiej jednego i drugiego jednocześnie.
Pytanie, czy mamy rozwinięte krajowe zdolności produkcyjne.
– Nie mamy. Jeżeli nasza niezależność lekowa wynosi dziś zaledwie 32%, to w przypadku kryzysu prowadzącego do przerwania łańcuchów dostaw znajdziemy się w sytuacji krytycznej. Równocześnie mierzymy się z wyraźnymi deficytami kadrowymi – niedobory personelu medycznego dotyczą nie tylko liczebności, ale w jeszcze większym stopniu przygotowania do działania w warunkach konfliktu zbrojnego. Do tego dochodzi rozproszenie decyzyjne, przejawiające się niejasnym podziałem kompetencji między poziomem centralnym a lokalnym w systemie zarządzania kryzysowego, oraz słaba interoperacyjność – niedostateczna integracja struktur cywilnych i wojskowych w obszarze medycznym. Wielokrotnie podkreślam, że bezpieczeństwo medyczne nie jest wyłączną domeną ani resortu zdrowia, ani resortu obrony – stanowi wspólną zdolność państwa. Zdolność, która musi zostać świadomie zaprojektowana, odpowiednio sfinansowana, wystandaryzowana oraz regularnie weryfikowana w ramach ćwiczeń i symulacji. Dziś nie spełniamy żadnego z tych warunków. Dopóki nie uświadomimy sobie strategicznego znaczenia bezpieczeństwa zdrowotnego, nie możemy twierdzić, że jesteśmy państwem w pełni bezpiecznym – a tym bardziej odpornym na zagrożenia.
Ciekawą rzeczą, na którą Pan Profesor zwrócił uwagę, jest to, że paradoksalnie w wojskowej służbie zdrowia można szybciej osiągnąć sukces niż w tej cywilnej?
– Z pełnym przekonaniem tak twierdzę, że dobrze zaprojektowana i przeprowadzona reforma wojskowej służby zdrowia jest skazana na sukces – i nie jest to w żadnym razie pochopna deklaracja, ale wniosek oparty na twardych przesłankach. Po pierwsze, reformujemy system o skali sprzyjającej skutecznemu zarządzaniu zmianą – znacznie łatwiejszy do regulowania i prowadzenia niż rozbudowane struktury cywilnej ochrony zdrowia. Po drugie, działamy w ramach kultury organizacyjnej armii, w której decyzja oznacza wykonanie, a nie zaproszenie do niekończącej się debaty. Po trzecie – i jest to okoliczność o znaczeniu kluczowym – samo środowisko wyraźnie artykułuje potrzebę zmian. Reformatorzy nie napotykają zatem typowego oporu, który zwykle towarzyszy procesom przekształceń instytucjonalnych. Lekarze wojskowi mówią wprost: chcemy reformy, potrzebujemy jasnych zasad i oczekujemy przewidywalnej ścieżki kariery. To oddolne poparcie dla zmian stanowi kapitał, który w innych sektorach publicznych jest praktycznie nieosiągalny. Warunkiem sukcesu pozostaje dobry plan – który właśnie przedstawiamy – oraz determinacja w jego realizacji. Ta ostatnia wymaga jednak wsparcia na szczeblu centralnym i konsekwencji decyzyjnej, przy pełnym zrozumieniu, że wojskowa służba zdrowia nie stanowi pozycji kosztowej do redukcji, lecz inwestycję w zdolności obronne państwa. Nie głoszę optymizmu – stawiam diagnozę: reforma jest zarówno możliwa, jak i konieczna. Jeśli jej nie przeprowadzimy, wojskowa służba zdrowia przestanie istnieć w formie, jaką znamy. Siły zbrojne Wielkiej Brytanii już odrabiają tę lekcję, kontraktując leczenie żołnierzy w cywilnych szpitalach – i nie udają, że jest to powód do dumy. Wolałbym, abyśmy nie musieli uczyć się na własnych błędach.
Pytanie, czy to jest właściwy sposób do organizacji zabezpieczenia medycznego nowoczesnych sił zbrojnych.
– Mam w tej kwestii poważne wątpliwości. Postępująca specjalizacja armii – w zakresie zarówno uzbrojenia, jak i sposobów prowadzenia współczesnych operacji wojskowych, wymaga równie wyspecjalizowanego komponentu medycznego, którego cywilny system ochrony zdrowia nie jest w stanie skutecznie zastąpić.
Ale z czego wynika takie podejście decydentów? Chodzi o oszczędności? Czy to jest jedyny problem.
– Z punktu widzenia komunikacji społecznej przegrywamy z czołgami, armatami i amunicją. Łatwiej trafić do świadomości społecznej obrazem decydenta na tle dużego, nowoczesnego sprzętu wojskowego niż fotografią z gronem lekarzy wojskowych. Postulat zapewnienia medykom warunków do profesjonalnego wypełniania misji pozbawiony jest ładunku emocjonalnego, którego wymaga skuteczna komunikacja – co w istotny sposób ogranicza medialny zasięg naszego przekazu.
Utrzymanie obecnego stanu rzeczy ma jednak określoną cenę. Społeczeństwo, które nie dostrzega znaczenia wojskowej służby zdrowia w czasie pokoju, tym bardziej nie pojmie jej roli w czasie kryzysu. Mówimy przecież o komponencie, bez którego najnowocześniejszy sprzęt pozostaje jedynie kosztowną dekoracją. System uzbrojenia pozbawiony zdolnej do walki załogi traci swoją wartość operacyjną. Armia, która nie potrafi ewakuować i leczyć rannych, przegrywa nie na polu walki – przegrywa w głowach własnych żołnierzy. Mówimy dziś, że musimy gromadzić zapasy amunicji. Zgoda. Ale po co ta amunicja, skoro bez sprawnego zabezpieczenia medycznego nasza zdolność do prowadzenia działań obronnych skończy się w kilka dni?
Po drugie – ostatnio pojawiły się informacje o zgonach żołnierzy w trzech brygadach obrony terytorialnej. Zgonach z przyczyn naturalnych, formalnie niezwiązanych ze służbą. Pytam więc wprost: jak to możliwe? Żołnierz w wieku 30-40 lat nie powinien umierać nagle podczas wysiłku fizycznego ani we śnie. Każdy taki przypadek nie jest nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności – to porażka systemu, który zawiódł konkretnego człowieka. Człowieka, którego stan zdrowia powinien być monitorowany, którego czynniki ryzyka powinny zostać wykryte i leczone, zanim doprowadziły do tragedii. Wszystkie te zgony mają imiona i nazwiska. Stoją za nimi rodziny, które straciły mężów, ojców, synów. I stoją za nimi pytania, na które wojskowa służba zdrowia musi odpowiedzieć: gdzie była profilaktyka i prewencja, gdzie były badania przesiewowe?
Tymczasem nagłe zgony kilkudziesięciu żołnierzy w ciągu roku czy dwóch lat przechodzą niemal bez echa. Cisza. Żadnych pytań, żadnego poruszenia. Czy mundur czyni człowieka mniej wartym społecznej troski? Czy ci, którzy zobowiązali się nas bronić, sami nie zasługują na to, aby ktoś upomniał się o ich życie? Milczenie wobec tych śmierci mówi o nas więcej, niż bylibyśmy skłonni przyznać.
To znaczy, że w wojsku zabrakło skutecznej profilaktyki?
– Powinniśmy prowadzić systematyczny monitoring stanu zdrowia żołnierzy. Przypomnę, że w latach 2007-2016 zrealizowaliśmy badanie MIL-SCORE, którego celem była ocena rozpowszechnienia czynników ryzyka sercowo-naczyniowego w siłach zbrojnych. Przebadano blisko 10 tys. żołnierzy, a uzyskane wyniki wykazały, że częstość występowania kluczowych czynników ryzyka – hipercholesterolemii, nadciśnienia tętniczego oraz palenia tytoniu – jest w wojsku wyższa niż w populacji ogólnej. Co istotne, opisane zjawisko nie jest ograniczone wyłącznie do polskich realiów. Analizy porównawcze populacji wojskowych i cywilnych we Francji, w Stanach Zjednoczonych oraz Niemczech prowadzą do niemal identycznych wniosków. Podwyższone rozpowszechnienie czynników ryzyka chorób cywilizacyjnych w siłach zbrojnych ma zatem charakter systemowy i pozostaje w istotnym stopniu związane ze specyfiką służby wojskowej. Nieregularny tryb życia, zaburzone rytmy dobowe i żywieniowe, rozłąka z rodziną, praca w godzinach wykraczających poza standardowy wymiar, często w systemie dyżurowym – negatywnie oddziałują na zdrowie żołnierzy niezależnie od kraju, w którym służą. Skoro jednak źródła problemu tkwią w warunkach samej służby, to również rozwiązania muszą uwzględniać tę specyfikę. Uzyskane wyniki jednoznacznie wskazują na ograniczoną skuteczność programów profilaktyki sercowo-naczyniowej projektowanych z myślą o populacji ogólnej, a tym samym na konieczność opracowania i wdrożenia interwencji zdrowotnych precyzyjnie dostosowanych do realiów służby wojskowej. Jeżeli oczekujemy od żołnierzy wysokiej sprawności i zależy nam na jej długotrwałym utrzymaniu, musimy zapewnić im opiekę medyczną adekwatną do tych wymagań. Rozwiązania w tym zakresie są gotowe i merytorycznie uzasadnione – wyzwaniem natomiast pozostaje ich skuteczne wdrożenie. WIM-PIB konsekwentnie i z pełnym zaangażowaniem podejmuje działania zmierzające do ich implementacji, jednak między gotowym projektem a jego realizacją rozciąga się gąszcz resortowych procedur i uzgodnień pochłaniających miesiące, a nieraz całe lata – labirynt, którego logika niejednokrotnie umyka nawet najbardziej doświadczonym urzędnikom, i to właśnie tam toczy się prawdziwa batalia o zmianę.
To jest bardzo istotny element i wyzwanie dla wojskowej służby zdrowia, którego też wielu decydentów nie rozumie.
– Państwo, które powołuje swoich obywateli do służby wojskowej i oczekuje od nich gotowości do poświęcenia zdrowia, a w ostateczności życia, zaciąga wobec nich dług moralny. Żołnierz wstępujący do armii zawiera z państwem niepisaną umowę: „Będę cię bronił, a ty zadbasz o mnie i moją rodzinę”. Jeżeli państwo tej części kontraktu nie dotrzymuje – nie zapewnia właściwej opieki medycznej, nie prowadzi profilaktyki, nie dba o kondycję fizyczną i psychiczną swoich obrońców – narusza fundamentalną zasadę wzajemności, na której opiera się etos służby wojskowej. Troska o zdrowie żołnierzy nie jest więc przywilejem ani gestem dobrej woli – jest spłatą zobowiązania, które państwo zaciąga w momencie, gdy jego obywatel zakłada mundur i składa przysięgę. Stanowi fundament zaufania, bez którego żadna armia nie jest zdolna do działania. Dlatego musi to być standard, nie deklaracja i nie dobra praktyka, lecz twardy punkt odniesienia, szczególnie tam, gdzie odpowiedzialność jest podwójna: za obronę państwa i za wierność zasadom etyki zawodowej.
Dziękuję za rozmowę.
Aneta Przysiężniuk-Parys
Nasz Dziennik: 31 grudnia 2025 – 1 stycznia 2026
