Każdy z nas zna tę scenę z drogi albo z chodnika: ktoś leży, wokół zbiera się grupka ludzi, wszyscy czekają na karetkę. Mija minuta, dwie, pięć. Najczęściej nikt nie robi nic poza wybraniem numeru alarmowego – nie z obojętności, ale dlatego, że nie wie, co zrobić z rękami. A to właśnie pierwsze minuty, zanim przyjedzie pomoc, rozstrzygają o tym, czy poszkodowany przeżyje, a jeśli tak, w jakim stanie i z jakimi rokowaniami na dalsze życie.
-
Pierwsze minuty po wypadku są kluczowe dla przeżycia, lecz w Polsce zaledwie co siódmy świadek skutecznie udziela pierwszej pomocy, co drastycznie obniża szanse poszkodowanych.
-
Proste działania, takie jak zatamowanie krwotoku, mogą uratować życie, co potwierdzają doświadczenia z konfliktów zbrojnych, gdzie niemal 90% ofiar umiera przed dotarciem do szpitala.
-
Niezwykle ważna jest również odporność całego systemu ochrony zdrowia, który musi być przygotowany na długotrwały kryzys, od dostaw po wyszkolony personel.
-
Dowiedz się, dlaczego przygotowanie indywidualne i systemowe jest niezbędne dla bezpieczeństwa i jak możesz zacząć działać już dziś, by ratować życie.
Nie jest to opinia, ale jedna z najlepiej udokumentowanych prawidłowości współczesnej medycyny urazowej. Amerykańscy lekarze wojskowi, analizując kilka tysięcy zgonów z Iraku i Afganistanu, ustalili, że niemal dziewięciu na dziesięciu rannych ginie, zanim dotrze do szpitala. Co czwarty z tych zgonów dałby się powstrzymać jednym ruchem ręki na miejscu zdarzenia – uciskiem tamującym krwotok. Opaska, opatrunek, czasem mocny nacisk dłonią – to wszystko, a zarazem dość, by dorosły człowiek nauczył się tego w jedno popołudnie i w decydującej chwili uratował czyjeś życie.
We wspólnym opracowaniu specjalistów WIM-PIB i Polskiej Akademii Nauk „Tuptanie wojny” ochronę zdrowia nazwano modelowym przykładem odporności państwa. Niniejszy tekst rozwija ten właśnie wątek, zaczynając od miejsca, w którym wszystko się rozstrzyga: od pierwszych minut po urazie. W większości przypadków mechanizm pozostaje niezmiennie ten sam na polu walki, na autostradzie i pod zawalonym stropem – ślepy na okoliczności, obojętny wobec przyczyny.
Pierwsze dziesięć minut zawsze decyduje identycznie, a w tym czasie obok rannego nie ma lekarza ani ratownika – jest tylko przypadkowy świadek. Większość zdarzeń, w których ta wiedza ratuje życie, nie ma nic wspólnego z wojną – to wypadki drogowe, upadki, zawały i pożary, które zdarzają się każdego dnia, niezależnie od stanu bezpieczeństwa państwa. Umiejętność traktowana zwykle jako formalność przy egzaminie na prawo jazdy w sytuacji granicznej staje się tym, co utrzymuje rannego przy życiu, zanim na miejsce dotrze profesjonalna pomoc.
Polskie dane każą się w tym miejscu zatrzymać. Przy wypadku na drodze pierwszej pomocy udziela u nas mniej więcej co siódmy świadek – w krajach zachodnioeuropejskich i skandynawskich robi to nawet co drugi. Idą za tym wyniki, których nie da się zlekceważyć: po nagłym zatrzymaniu krążenia w miejscu publicznym do pełni zdrowia wraca w Polsce około czterech osób na sto, podczas gdy tam, gdzie świadkowie reagują profesjonalnie, odsetek ten sięga nawet czterdziestu.
Dwie trzecie Polaków deklaruje, że umie zareagować w razie wypadku, ale pewnych swoich umiejętności jest tylko co piąty. Europejskie towarzystwa resuscytacji policzyły, że gdyby więcej ludzi umiało działać w pierwszych minutach, w skali kontynentu dałoby się ratować nawet sto tysięcy osób rocznie. Nie przesądza o tym jakość karetek ani szpitali, lecz to, że u nas świadek zdarzenia najczęściej czeka, podczas gdy gdzie indziej działa.
Jest w tym wszystkim jednak nuta optymizmu: kilka państw przyswoiło tę naukę jeszcze w czasie pokoju, na chłodno, dowodząc, że cel można osiągnąć bez odwoływania się do lęku obywateli. Pięćdziesiąt tysięcy obywateli rocznie – tę fińską liczbę przywołuje się zwykle w kontekście powszechnego szkolenia obronnego. Warto jednak spojrzeć na nią z innej strony: to tylu ludzi co roku uczy się ratownictwa, samoobrony i zachowania w kryzysie, choć Finów jest sześć razy mniej niż Polaków.
Szwecja w ciągu trzydziestu lat przeszkoliła z resuscytacji ponad trzy miliony osób, niemal jedną trzecią mieszkańców, i rozesłała do wszystkich domów krótką broszurę, która tłumaczy każdej rodzinie, jak rozpoznać sygnał alarmowy, jak przetrwać tydzień bez prądu i wody, jak pomóc rannemu. Aby dorównać fińskiemu tempu w przeliczeniu na liczbę mieszkańców, Polska musiałaby szkolić około trzystu czterdziestu tysięcy osób rocznie – przez dekadę objęłoby to niespełna co dziesiątego obywatela. Nie jest to mobilizacja ani musztra, ale wieloletni program, na który musi być stać kraj dysponujący gęstą siecią szpitali oraz tysiącami ratowników, strażaków i nauczycieli.
Trzeba jednak dopowiedzieć rzecz, którą w realiach konfliktu zbrojnego łatwo przeoczyć: pierwsza pomoc jedynie kupuje rannemu czas. Co stanie się dalej, rozstrzyga już system ochrony zdrowia – działający w dwóch krokach. Pierwszy to leczenie stabilizujące, którego celem nie jest naprawienie wszystkiego, lecz zatrzymanie umierania: opanowanie krwotoku, którego nie udało się powstrzymać na miejscu, przywrócenie oddechu i krążenia, przygotowanie rannego do transportu. To medycyna pierwszej „złotej godziny”, prowadzona blisko zdarzenia, nastawiona na jedno – utrzymać przy życiu. Krok drugi to leczenie definitywne, czyli to, co kojarzymy ze szpitalem: operacja, intensywna terapia, przeciwdziałanie powikłaniom, rekonstrukcje, rehabilitacja, powrót do sprawności.
Za tym łańcuchem stoją nie tylko budynki i urządzenia, ale przede wszystkim ludzie i ciągłość dostaw. Łóżko bez pielęgniarki i lekarza jest tylko meblem. Respirator bez anestezjologa pozostaje urządzeniem, nie zdolnością. Aby leczenie zadziałało, w jednym momencie muszą być dostępne krew, tlen medyczny, prąd, sprawne systemy informatyczne z historią choroby pacjenta oraz przygotowany do działania personel. Państwo nie musi stracić szpitala, by utracić zdolność leczenia – wystarczy przerwanie dostaw leków, brak wody, awaria zasilania albo cyberatak na szpitalne systemy. Pojedyncza awaria rzadko przewraca system. Prawdziwym zagrożeniem jest kaskada następujących po sobie zdarzeń – brak prądu odcina tlen, brak tlenu zatrzymuje blok operacyjny, a każde ogniwo pociąga za sobą następne.
Doświadczenie Ukrainy pokazuje także coś, czego w czasie pokoju nie widać: szpital jest celem. Nie zapleczem, do którego trafiają ranni z frontu, ale obiektem atakowanym z pełną premedytacją, ponieważ jego zniszczenie obezwładnia miasto i okolice skuteczniej niż żmudna, krwawa walka o każdą ulicę. Światowa Organizacja Zdrowia udokumentowała w ciągu czterech lat blisko trzy tysiące ataków na placówki medyczne, karetki i magazyny leków. Każdy oznacza to samo: oddział, który przestaje przyjmować, operacja przerwana w połowie, zapas leków spalony razem z magazynem.
Najgroźniejsza fala uderzeniowa nie burzy ścian – rozchodzi się daleko poza trafiony obiekt. Wyłączenie jednego szpitala przenosi ciężar leczenia jego pacjentów na placówki sąsiednie – te same, które już pracują na granicy wydolności. Karetki jadą dalej, więc ranny, który miał trafić na stół operacyjny w dwadzieścia minut, dociera po godzinie albo nie dociera wcale.
Porody, zawały, udary i niewydolność nerek nie ustają dlatego, że trwa wojna – wymagają opieki gdzie indziej, w placówce, która właśnie przyjęła podwójną liczbę chorych. Dla pacjenta dializowanego, który potrzebuje zabiegu trzy razy w tygodniu, albo dla chorego onkologicznego w trakcie chemioterapii przerwa nie jest niedogodnością – jest wyrokiem odroczonym o kilka dni. Przeciążenie przenosi się z placówki na placówkę: każda po przekroczeniu granicy wydolności odsyła kolejnych chorych dalej, aż sieć zapada się szpital po szpitalu. Dlatego nowoczesny szpital wymaga projektowania według reguł infrastruktury krytycznej państwa – na równi z elektrownią czy ujęciem wody. Własne źródło prądu na dni, nie godziny. Zapas tlenu, krwi i leków na trzydzieści dni, nie na trzydzieści godzin. Kopie danych pacjentów dostępne także wtedy, gdy padnie sieć. Możliwość szybkiego przekształcenia oddziałów i parkingu w strefę przyjęć masowych. Nie chodzi o zamianę szpitali w bunkry, ale o to, by placówka, która ma leczyć w najtrudniejszym momencie, sama ten moment przetrwała.
Stąd płynie zasadniczy wniosek. Odporność państwa nie opiera się na tym, że pojedynczy szpital przetrwa kilkanaście godzin, ale na tym, że cały system – szpitale, ratownictwo, laboratoria, apteki, hurtownie, transport, krew, tlen, dane medyczne i kadry – zachowuje sprawność jeszcze po trzydziestu dniach kryzysu. Takiej odporności nie nabywa się wraz ze sprzętem ani nie zamyka w nieczytanym planie awaryjnym. Powstaje latami, na długo przed pierwszym uderzeniem – integracji systemu nie da się zaimprowizować w dniu, w którym zaczyna się on załamywać. Inaczej bohaterstwo personelu będzie nadrabiać błędy organizacyjne, a heroizm powinien być ostatnią linią obrony, nigdy pierwszą. Budowanie tej pierwszej należy do państwa.
Wracam do człowieka z początku tego tekstu – do tego, który stoi nad leżącym i nie wie, co zrobić z rękami. Większość z nas nosi w sobie przeczucie, że bezpieczny świat, do którego przywykliśmy, odchodzi, a mimo to tylko co czwarty wierzy, że w obliczu kryzysu zdoła zadbać o bezpieczeństwo własne i najbliższych. Lęk pozostawiony bez działania paraliżuje, ale ten sam lęk, gdy zamienimy go w wiedzę i wyćwiczony odruch, staje się siłą, która ratuje życie.
Pierwszy krok każdy z nas może zrobić jeszcze w tym tygodniu, bez czekania na ustawy i programy: zapisać się na kurs pierwszej pomocy, trzymać w domu tygodniowy zapas wody i miesięczny zapas potrzebnych leków, ustalić z rodziną miejsce spotkania na wypadek zerwania łączności komórkowej. Ciągłość pracy szpitala, dostęp do krwi, tlenu, wody i prądu oraz sprawną koordynację musi zapewnić państwo – i tu zaczyna się druga część rachunku, bo tych zdolności nie buduje się w przeddzień, gdy stają się potrzebne – muszą powstać z wyprzedzeniem, w czasie pokoju, zanim presja zdarzeń wymusi działanie pod dyktando zegara.
Naszą polską siłą zawsze byli ludzie i wrodzona zdolność do improwizacji – od powstań po samoorganizację w czasach próby. Naszą słabością bywa to, że zbyt często mylimy ten dar z systemem – improwizacja ratuje w pojedynczym kryzysie, ale nie zastąpi struktur, które działają, zanim ktokolwiek zdąży pomyśleć o ratunku. To samo ostrzeżenie, które padło we Lwowie z ust ukraińskich lekarzy – „przygotowujcie się już teraz” – w wymiarze ochrony zdrowia brzmi wręcz dosłownie: umiejętności i zapasy gromadzi się zawczasu, bo w godzinie próby liczy się tylko to, co zdobyto wcześniej. Cokolwiek nas dziś dzieli i zatrzymuje w bezczynności, kryzys zrówna wszystkich. Za bezpieczeństwo płaci się wcześniej albo później, z tym że spóźniony rachunek przychodzi w najdroższej z walut – w ludzkim życiu.
Tekst rozwija wątek ochrony zdrowia podjęty we wspólnym opracowaniu specjalistów Wojskowego Instytutu Medycznego – Państwowego Instytutu Badawczego i Polskiej Akademii Nauk „Tuptanie wojny. Bezpieczeństwo Polski w stanie przedwojnia”.
Źródło: Portal Obronny
Data publikacji: 2026-06-18 8:12
Powiązane treści:
