O wyzwaniach związanych z gotowością placówek medycznych, koniecznością szkolenia personelu oraz znaczeniu współpracy cywilno-wojskowej mówi płk lek. Jarosław Kowal, zastępca dyrektora Wojskowego Instytutu Medycznego – Państwowego Instytutu Badawczego, w wywiadzie opublikowanym 13 października 2026 r. na łamach „Dziennika Gazety Prawnej”.
Karolina Kowalska: Z Map Potrzeb Zdrowotnych na lata 2027-2031 wynika, że 120 z 540 oddziałów chirurgii ogólne w kraju nie spełnia kryteriów rentowności i bezpieczeństwa. Konsultant krajowy uważa, że nie wszystkie nierentowne oddziały można zlikwidować, bo są strategiczne dla bezpieczeństwa państwa.
Jarosław Kowal: Dane z Ukrainy są bezlitosne. W pierwszym miesiącu działań wojennych przez stres pourazowy i inne formy ostrych reakcji sytuacyjnych traci się nawet 30 proc. personelu medycznego.Z Map Potrzeb Zdrowotnych na lata 2027-2031 wynika, że 120 z 540 oddziałów chirurgii ogólnej w kraju nie spełnia kryteriów rentowności i bezpieczeństwa. Konsultant krajowy uważa, że nie wszystkie nierentowne oddziały można zlikwidować, bo są strategiczne dla bezpieczeństwa państwa.
To założenie słuszne. O rentowności można rozmawiać w normalnej sytuacji geopolitycznej. Gdy za wschodnią granicą mamy pełnoskalową wojnę, musimy działać w myśl doktryny wojskowej. To wojsko powinno ustalać, które szpitale powinny zachować oddziały zabiegowe kluczowe dla rannych żołnierzy, ale też cywilów. Korelacja systemu wojskowego z układem pozamilitarnym jest szczególnie ważna na obszarach przygranicznych, w województwach objętych działaniem Tarczy Wschód, szczególnie przygranicznych terenach województw pomorskiego, warmińsko-mazurskiego, podlaskiego, mazowieckiego, lubelskiego i podkarpackiego.
Tyle że to właśnie tam znajdują się nierentowne z punktu widzenia MZ oddziały chirurgii w szpitalach powiatowych.
To oddziały nierentowne podwójnie, bo aby zachęcić lekarzy do pracy tam, trzeba im często zapłacić więcej niż gdzie indziej, a pacjentów jest mało. Ale w decyzjach na czas „W” nie powinien przeważać aspekt ekonomiczny, lecz dotyczący bezpieczeństwa. Trzeba za wszelką cenę utrzymać oddziały, które jako pierwsze będą przejmować rannych żołnierzy z linii frontu, zaopatrywać ich, a gdy ich stan się ustabilizuje, przesyłać na doleczenie w głąb kraju.
Wiceprezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych Krzysztof Żochowski podkreśla, że szefowie placówek i chirurdzy chcą nieść pomoc w razie wojny, ale po pierwsze, nie stać ich na gromadzenie zapasów leków czy środków opatrunkowych, a po drugie, nikt im takiej roli nie proponuje. O takich inicjatywach jak Szpital Przyjazny Wojsku tylko słyszą, ale nawet nie wiedzą, na czym one polegają.
Wojsko cały czas prowadzi rozmowy i działania związane z zabezpieczeniem medycznym na wypadek pełnoskalowej agresji czy przejmowania rannych żołnierzy przez ośrodki cywilne, ale są to działania niejawne. Na początku ustalmy jedno: to nie szpitale mają się zgłaszać do wojska, proponując swój udział w zabezpieczeniu, ale wojsko, po przeanalizowaniu sytuacji i stworzeniu map strategicznych, nakłada je na mapę szpitali cywilnych i decyduje, które placówki są dla niego istotne. Zmapowaliśmy takie ośrodki i od dłuższego czasu prowadzimy bardzo owocne rozmowy z Ministerstwem Zdrowia. Dyskutujemy, co w danej placówce jest potrzebne z punktu widzenia wojska i w co warto zainwestować w ramach np. środków z KPO, by inwestycje te służyły zarówno wojsku, jak cywilom.
A co jest potrzebne?
Szpital, który miałby przyjmować rannych żołnierzy i cywilów, musi dysponować blokiem operacyjnym o dużej przepustowości, łóżkami intensywnej terapii i zapleczem łóżek chirurgicznych. Wynika to z charakterystyki obecnego pola walki. Przed wojną w Ukrainie byliśmy przyzwyczajeni do konfliktów takich jak w Iraku czy w Afganistanie, gdzie walki toczą się głównie poza miastami, a żołnierzy z frontu ewakuują helikoptery czy samochody pancerne i przewożą do rozstawionego w bazie wojskowej szpitala polowego. Wojna w Ukrainie pokazała, że dzisiaj o takiej ewakuacji, w miarę bezpiecznej, ale i szybkiej, nie ma mowy, bo pole walki z góry kontrolują drony, szlak powietrzny jest niedostępny, a czas ewakuacji znacznie się wydłuża i potrafi trwać nawet kilkadziesiąt godzin.
To zmienia schemat całego zabezpieczenia medycznego. Ważna zaczyna być pomoc lub samopomoc na polu walki, gdzie żołnierz sam zabezpiecza ranę stazą taktyczną lub pakuje ją środkiem tamującym krwawienie, ale także dobrze poprowadzona ewakuacja medyczna. Szpitale natomiast, już nie polowe, częściej stacjonarne lub urządzone w schronach, muszą być przygotowane na masywne, ciężkie urazy.
Jakie?
Zwykle to obrażenia klatki piersiowej, jamy brzusznej, wielokończynowe, jest dużo amputacji. By je zobrazować, wystarczy przywołać częstą w filmach wojennych scenę, gdy podjeżdża wóz piechoty, otwierają się tylne drzwi i żołnierz zeskakuje z rampy prosto w minę przeciwpiechotną. Kończy się zwykle urwaniem kończyny albo, jeśli ładunek jest mniejszy, poszarpaną raną z wiszącą częścią nogi.
I chirurdzy w szpitalach cywilnych sobie z takimi obrażeniami poradzą?
Takie pytanie pojawia się zadziwiająco często. Zwracamy uwagę na to pytanie w Wojskowym Instytucie Medycznym i dążymy do zwiększenia kompetencji polskich chirurgów i ortopedów. Przecież chirurdzy ogólni i ortopedzi, którzy na co dzień wykonują zabiegi planowe, uczyli się zaopatrywać takie obrażenia w toku szkolenia specjalizacyjnego, ale może ono być niewystarczające. Chcemy też, aby byli do tego przygotowani znacznie lepiej niż lekarze innych specjalności. Poza tym pod koniec września 2026 r. WIM uruchomił bezpłatne szkolenia dla cywilnych kadr medycznych w ramach finansowanego ze środków unijnych projektu KCD MED-TAC. Przeznaczony jest dla lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych pracujących w ramach kontraktu z NFZ.
To kurs, który przewiduje naukę medycyny taktycznej w ramach e-learningu?
E-learning jest tylko uzupełnieniem programu, częścią najbardziej podstawową, skierowaną nie tylko do kadry medycznej, ale też administracyjnej i technicznej placówek, bo wszyscy powinni znać podstawy postępowania w sytuacji zagrożenia, wiedzieć, jak zaopatrzyć podstawową ranę, jak się zabezpieczyć przed skażeniem biologicznym czy chemicznym, rozpoznać sygnały alarmowe, czyli przypomnieć sobie informacje z lekcji przysposobienia obronnego. Takie działania powinny zresztą być prowadzone dla wszystkich obywateli z inicjatywy MSWiA ze wsparciem wojska.
Natomiast my w ramach KCD MED-TAC dla 1 tys. medyków oferujemy w WIM dwudniowe pełne szkolenie praktyczne z najbardziej zaawansowanych procedur. Ten program ma przygotować dla trzech naszych partnerów instytucjonalnych z Białegostoku, Gdańska i Lubina instruktorów tak, by w tych ośrodkach mogły się również odbywać takie szkolenia. Dążymy do stworzenia sieci ośrodków szkoleniowych, która zabezpieczy te potrzeby polskiej opieki zdrowotnej.
Dlaczego chcecie szkolić instruktorów?
Dane z Ukrainy są bezlitosne. W pierwszym miesiącu działań wojennych traci się nawet 30 proc. personelu medycznego. Tylko niewielka część decyduje się na ucieczkę. Przede wszystkim szaleje PTSD (stres pourazowy) i inne formy ostrych reakcji sytuacyjnych. Nawet najtwardszy człowiek może się załamać, gdy codziennie amputuje ręce lub nogi u 30-latków. Musimy mieć pewność, że jak kilku z nich nie będzie zdolnych do pracy, znajdzie się ktoś, kto przeszkoli następnych.
Rozmawiała Karolina Kowalska. Pełna wersja rozmowy na dgp.pl
Zdjęcie Piotr Bławicki
