Odpowiedzią musi być wspomniana już wcześniej zasadnicza zmiana myślenia o architekturze zabezpieczenia medycznego. Jeżeli przygotujemy punkty medyczne w miejscach chronionych – przede wszystkim podziemnych, odpornych na uderzenia pionowe – wygramy zdrowie oraz życie personelu medycznego i rannych. Kontenerowe szpitale polowe mają dziś rację bytu wyłącznie jako element dynamicznych działań manewrowych, prowadzonych zwłaszcza na terytorium przeciwnika. Przy ograniczonej mobilności sił staną się jednak jednym z pierwszych celów uderzenia. Wysunięte placówki medyczne powinny być więc lokalizowane pod ziemią i wyposażone w sale operacyjne oraz oddziały intensywnej terapii zdolne do autonomicznego funkcjonowania przez co najmniej 72 godziny. Dopiero tak przygotowana infrastruktura, zintegrowana z łańcuchem ewakuacyjnym obejmującym szpitale przystosowane do przyjmowania rannych, tworzy efektywny łańcuch przeżycia. Na tym polega istota współczesnego zabezpieczenia medycznego: elastyczność organizacyjna, infrastruktura chroniąca zamiast eksponowanej, a wszędzie tam, gdzie to możliwe – wsparcie nowymi technologiami skracającymi czas do interwencji i wspierającymi zdolności medyków na polu walki.
Mijają cztery lata wojny w Ukrainie. Czy polska armia wyciąga wnioski z tego konfliktu zbrojnego? Jesteśmy lepiej przygotowani na wypadek pojawienia się takiego scenariusza?
Podejmowanych jest wiele inicjatyw, ale mają one charakter jednostkowy. Brakuje rozwiązań, które systemowo integrowałyby wszystkie działania – tak abyśmy mogli obiektywnie stwierdzić, że wojskowa służba zdrowia jest dziś dobrze przygotowana zarówno do bezpośredniego wsparcia sił zbrojnych, jak i do współdziałania z cywilnym systemem ochrony zdrowia. Wiele pozostaje jeszcze do zrobienia, niemniej ufam, że w najbliższych miesiącach działania w tym zakresie ulegną przyspieszeniu. Nie mogę jednak nie powiedzieć wprost: wyraźnie zgubiliśmy proporcje pomiędzy tym, czym żołnierz walczy, a tym, co daje mu szansę na przeżycie, gdy zostanie ranny. Inwestujemy miliardy w systemy rażenia, ale zabezpieczenie medyczne wciąż traktujemy jako pozycję kosztową, nie jako strategiczny warunek efektywności wszystkich pozostałych inwestycji obronnych.
Wyobrażam sobie, że w oparciu o doświadczenia ukraińskie w polskiej armii wdrażane są nowe metody szkolenia, powstają szpitale podziemne, organizowane są ćwiczenia personelu cywilnego do wsparcia dla wojska?
Nie. Wymienił Pan właśnie szereg działań, które powinny być realizowane, a które wciąż pozostają w sferze postulatów. Po czterech latach wojny na Ukrainie powinniśmy dysponować kompletnymi rozwiązaniami w zakresie kształcenia z medycyny taktycznej i mieć za sobą przeszkolenie personelu – przynajmniej w stopniu niezbędnym do zabezpieczenia potrzeb na wypadek operacji obronnej prowadzonej z udziałem szpitali zlokalizowanych na wschód od Wisły. Równolegle powinny być prowadzone regularne ćwiczenia zgrywające system medyczny z pozostałymi służbami zaangażowanymi w reagowanie na zdarzenia kryzysowe.
Co pokazał konflikt ukraiński, jeśli chodzi o medycynę pola walki? Na pewno złamane zostały reguły dotyczące zabezpieczenia medycznego znane z natowskich działań asymetrycznych – np. z Iraku czy Afganistanu.
Wojna na Ukrainie ukazała olbrzymią dynamikę i skalę zmian w organizacji zabezpieczenia medycznego pola walki. Organizacja opieki medycznej przeszła od początku konfliktu głęboką transformację – przede wszystkim dlatego, że zmieniło się samo pole walki. Powszechne użycie systemów bezzałogowych spowodowało, że tak zwana strefa śmierci rozciąga się dziś na około 20-25 kilometrów. Przypomnę – na początku wojny Ukraińcy zakładali, że punkty stabilizacyjne, służące udzielaniu pomocy medycznej ratującej życie, muszą znajdować się w odległości do trzech kilometrów od linii styczności z przeciwnikiem. Obecnie wskazują, że należy je lokować poza strefą 12-20 kilometrów, ponieważ infrastruktura zlokalizowana bliżej ulegnie zniszczeniu. Przewartościowało to całą logikę organizacji opieki medycznej na polu walki – kluczowym wyzwaniem stała się pierwsza pomoc i opieka w miejscu zranienia oraz zdolność przetransportowania rannego w możliwie najkrótszym czasie w rejon, w którym uzyska kwalifikowaną pomoc medyczną.
Na ile my możemy korzystać z ukraińskich doświadczeń?
Wielokrotnie podkreślałem, że doświadczenia ukraińskie powinny być traktowane jako punkt odniesienia, nie zaś model do bezpośredniej replikacji. Ukraina to zupełnie inna przestrzeń operacyjna – o odmiennej głębi terytorialnej i gęstości infrastruktury medycznej możliwej do wykorzystania w działaniach obronnych. W tym zakresie Polska dysponuje wyraźnie korzystniejszymi uwarunkowaniami. Podobnie rzecz się ma z technologiami informatycznymi, które w wielu przypadkach mogą wspomagać medyków w czynnościach o krytycznym znaczeniu dla ratowania rannych.
Przewaga ta nie zwalnia nas jednak z uwzględnienia istotnych niuansów, w szczególności faktu, że system nie może być projektowany w oparciu o stałe i sztywne założenia. Doświadczenia wojny na Wschodzie pokazują, że dynamika zmian na polu walki potrafi bezlitośnie zweryfikować nawet pozornie słuszne założenia. Pogłębionej refleksji wymaga na przykład kwestia inwestycji w mobilne szpitale trzeciego poziomu – infrastrukturę wymagającą ogromnych nakładów kapitałowych, charakteryzującą się wysoką barierą wejścia i wyjścia. Nie chodzi oczywiście o rezygnację z takich przedsięwzięć, ale o ich właściwe skalowanie – proporcjonalne do potrzeb operacyjnych i odporności na zagrożenia współczesnego pola walki. W realiach współczesnego konfliktu kluczowe jest bowiem zapewnienie wysokiej elastyczności i adaptacyjności zabezpieczenia medycznego, optymalne wykorzystanie wcześniej przygotowanej infrastruktury ochronnej – w tym szpitali podziemnych – oraz systemowe wdrożenie nowych technologii.
Jakich obrażeń najczęściej doznają żołnierze walczący na Ukrainie?
Wojna na Ukrainie ujawniła zjawisko analizowane dotychczas w doktrynie medycznej NATO jedynie w ograniczonym zakresie – wyraźną polaryzację rejestru strat sanitarnych. Obrażenia umiarkowane, stanowiące wcześniej dominującą kategorię, praktycznie zanikły. Współczesne pole walki generuje dwie skrajne grupy poszkodowanych: rannych z obrażeniami lekkimi oraz ciężko i bardzo ciężko rannych, wymagających natychmiastowej interwencji chirurgicznej i intensywnej terapii. Obrażenia ciężkie stanowią od 20 do nawet 40 proc. ogółu strat sanitarnych – bez szybkiej, kwalifikowanej pomocy medycznej tyle właśnie osób zginie w ciągu pierwszej godziny od zranienia. Skala tego wyzwania ma krytyczne znaczenie dla planowania zabezpieczenia medycznego. Liczne przypadki poszkodowanych z objawami wstrząsu krwotocznego, oparzeniowego, urazów wielonarządowych oraz barotraumy tworzą niespotykaną dotąd charakterystykę strat sanitarnych, wymagającą pomocy lekarskiej – często wysokospecjalistycznej – udzielanej w bliskiej styczności z przeciwnikiem.
Wojna w Ukrainie zweryfikowała mit „złotej godziny”, gdy powinna dotrzeć pomoc medyczna do rannego. Damian Duda, ratownik pola walki, który niesie pomoc żołnierzom w strefie kontaktu, mówi, że niekiedy ewakuacja rannego trwa nie kilka godzin, ale kilka dni.
Zdecydowanie – i dane operacyjne potwierdzają to jednoznacznie. Koncepcja „złotej godziny” – fundamentalne założenie doktrynalne NATO, rozwinięte niemal do perfekcji w konfliktach asymetrycznych w Iraku i Afganistanie, gdzie koalicja dysponowała dominacją w powietrzu, a przeżywalność rannych osiągała rekordowe 98 proc. – na Ukrainie okazała się mirażem. Ukraińcy informują, że ewakuacja trwa nie 24 czy 48 godzin, a niekiedy nawet dwa tygodnie. W warunkach, gdy 40 proc. infrastruktury medycznej ulega zniszczeniu w pierwszych miesiącach wojny, linie ewakuacji są systematycznie atakowane, a śmigłowce MEDEVAC nie mogą operować – śmiertelność wśród rannych okazuje się dramatycznie wysoka.
W rzeczywistości ukraińskiej żołnierz na początku musi zaopatrzyć się sam, a po jakimś czasie dron podaje mu środki opatrunkowe, leki, żywność, niekiedy trwa to przez wiele dni. Czy my w ogóle jesteśmy przygotowani do takiego scenariusza wsparcia dla żołnierzy tej strefy kontaktu? Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wojna w Polsce najpewniej nie będzie wyglądała tak jak na Ukrainie, gdzie obserwujemy klasyczną wojnę okopową.
Scenariusz, który Pan opisuje – żołnierz w strefie kontaktu przez wiele dni zdany wyłącznie na samopomoc i dostawę zaopatrzenia za pośrednictwem dronów – stanowi dokładnie ten wariant operacyjny, który analizujemy i do którego się przygotowujemy. W Wojskowym Instytucie Medycznym (WIM-BIP) od lat opracowujemy rozwiązania obejmujące bezzałogowe systemy transportu leków i materiałów medycznych, autonomiczne platformy do ewakuacji poszkodowanych oraz rozbudowane systemy łączności i wymiany danych. Celem tych prac jest zapewnienie żołnierzowi i medykowi w bliskiej styczności z przeciwnikiem szybkiego wsparcia – zarówno materiałowego, jak i diagnostyczno-decyzyjnego. Należy jednak podkreślić, że doświadczenia ukraińskie, ale również fińskie i estońskie, nakazują dużą ostrożność w rozwijaniu platform powietrznych przeznaczonych do ewakuacji rannych. Praktyka przesuwa się zdecydowanie w kierunku autonomicznych platform naziemnych. Nie wyklucza to transportu drogą powietrzną, ale jego rola będzie się koncentrować głównie na dostarczaniu materiałów medycznych – krwi, leków, środków opatrunkowych – nie na transporcie ludzi. Właśnie dlatego kluczowe pozostaje odpowiednie przygotowanie samego żołnierza – szkolenie z zakresu samopomocy i pomocy wzajemnej, wyposażenie w indywidualne zestawy medyczne zdolne podtrzymać życie przez przedłużony okres izolacji, a docelowo integracja z systemem bezzałogowego zaopatrzenia dostarczającego środki medyczne w cyklach wielodniowych.
Wszystkie wymienione rozwiązania są w naszym zasięgu – badamy i rozwijamy je od lat. Kluczowe jest jednak to, aby mogły wreszcie zostać wdrożone w ramach nowej, dostosowanej do potrzeb współczesnej armii wojskowej służby zdrowia.
Czy my mamy takie platformy do ewakuacji?
WIM-PIB wspólnie z Wojskową Akademią Techniczną oraz partnerami przemysłowymi – AMZ KUTNO, TELDAT i Pelixar SA – zrealizował w ciągu ostatnich 5 lat projekty badawczo-rozwojowe składające się na kompleksowy program cyfrowej transformacji zabezpieczenia medycznego pola walki. Kluczowe przedsięwzięcia to MEWAMED – system zdalnego rozpoznania medycznego i ewakuacji z wykorzystaniem bezzałogowych statków powietrznych, MILGEOMED – integrujący dane geolokalizacyjne i medyczne w jednolitym środowisku operacyjnym, oraz SWD-EwMED – system wspomagania decyzji ewakuacji medycznej oparty na monitorowaniu parametrów życiowych żołnierza i rozszerzonej świadomości sytuacyjnej.
Takie rozwiązania pojawiają się na Ukrainie, ale głównie ewakuacja rannych odbywa się z wykorzystaniem cywilnych samochodów, które w minimalnym stopniu są przystosowane do transportu rannych. Czy jesteśmy gotowi do wykorzystania w ich leczeniu telemedycyny w sytuacji, gdy nie ma prądu, internetu i właściwego zaopatrzenia w środki medyczne?
To dotyka fundamentalnego problemu. Kluczowym elementem dobrej organizacji opieki medycznej jest dysponowanie sprawnymi sieciami informatycznymi i bazami danych – systemem umożliwiającym dostęp do danych medycznych zarówno żołnierzy, jak i mieszkańców regionu. Wdrożenie tego rodzaju rozwiązań – również w tym zakresie dysponujemy konkretnymi propozycjami – pozwala m.in. na natychmiastową identyfikację grupy krwi rannego i uruchomienie procedury przygotowania do transfuzji w miejscu docelowego leczenia, celowane skierowanie poszkodowanego do placówki dysponującej zdolnościami adekwatnymi do rodzaju i wagi obrażeń, a w wymiarze systemowym – optymalną dystrybucję rannych między szpitalami, eliminującą ryzyko przeciążenia jednych placówek przy niewykorzystanych zdolnościach innych.
Jednak podnosi pan kwestię znacznie istotniejszą – co się stanie, gdy cała cyfrowa nadbudowa przestanie działać? Doświadczenia ukraińskie są bezlitosne: systematyczne niszczenie infrastruktury energetycznej, cyberataki paraliżujące systemy szpitalne i załamanie łańcuchów dostaw obnażyły podatność systemów uzależnionych od zaawansowanych technologii. Ewakuacja cywilnymi pojazdami, o której pan wspomina, jest naturalną konsekwencją tej degradacji.
Dlatego przyjmujemy zasadę: wykorzystywać technologię, gdy działa, ale zachować pełną zdolność do funkcjonowania, gdy zawiedzie. Oznacza to infrastrukturę szpitalną zdolną do autonomicznej pracy bez zasilania przez minimum 72 godziny, redundantną łączność i dokumentację prowadzoną równolegle w wersji papierowej. Do tego każde urządzenie elektroniczne musi mieć swój mechaniczny odpowiednik. Równie niezbędna jest reaktywacja podstawowych umiejętności: diagnostyka oparta na badaniu fizykalnym zamiast obrazowania, operowanie klasycznymi narzędziami chirurgicznymi, hemostaza przez podwiązywanie naczyń zamiast elektrokoagulacji.
Wdrożenie tych pozornie prostych rozwiązań ujawnia paradoks: przygotowanie do funkcjonowania bez technologii wymaga większego nakładu szkoleniowego, niż obsługa najbardziej zaawansowanych systemów. Przetrwanie będzie więc zależeć od umiejętności pracy na poziomie medycyny połowy XX wieku – z wykorzystaniem wiedzy XXI wieku.
Dlaczego to jest ważne?
Właśnie w tym kontekście kluczową rolę odgrywają drony. Za ich pomocą określamy stan rannego i typ obrażeń – jeśli na przykład stwierdzamy znaczący ubytek krwi, odczytujemy identyfikator żołnierza zawierający informację o grupie krwi i natychmiast przekazujemy dane do najbliższej stacji krwiodawstwa oraz szpitala, gdzie zostaną rozpoczęte czasochłonne procedury przygotowujące do transfuzji. Analogicznie – gdy identyfikujemy oparzenia, informacja automatycznie trafia do najbliższego ośrodka specjalizującego się w ich leczeniu, uruchamiając protokoły niezbędne przy przyjęciu, co ma o tyle krytyczne znaczenie, że w tej kategorii obrażeń czas reakcji bezpośrednio determinuje przeżywalność. Ukraińcy nie dysponują takimi zdolnościami, ponieważ brakuje im odpowiedniej infrastruktury na zapleczu, i dlatego twierdzą, że technologie się nie sprawdziły.
Amerykanie wychodzą z przeciwnego założenia – wykluczają wystąpienie uszkodzenia infrastruktury, które wyłączyłoby cały system, i na tej cyfrowej infrastrukturze oraz przepływie danych w czasie rzeczywistym opierają całą opiekę medyczną i kolejne etapy ewakuacji. Dlatego pilnie powinniśmy podjąć decyzję, w którym kierunku zamierzamy rozwijać nasz system. Jestem zwolennikiem opcji pośredniej. W pierwszych tygodniach konfliktu będziemy z dużym prawdopodobieństwem dysponować sprawną infrastrukturą cyfrową i bezwzględnie tam, gdzie wystąpią straty masowe, powinniśmy wykorzystywać ją do triażu i zarządzania przepływem rannych. Z upływem czasu jednak – jeśli nie wdrożymy technologii zdolnej zastąpić infrastrukturę, która w międzyczasie ulegnie degradacji – konieczne będzie przejście na tryb analogowy. Dokładnie tak, jak obserwujemy to dziś na Ukrainie.
Ilu medyków ma teraz wojskowa służba zdrowia, a ilu powinno ich być?
Jest ich około 880, powinno być co najmniej 1600.
Większość rannych na Ukrainie trafia przecież do szpitali cywilnych. Zatem naturalnym krokiem powinna być integracja środowiska wojskowego z cywilnym.
Takie inicjatywy są już podejmowane. Ministerstwo Zdrowia uruchamia właśnie projekt Krajowego Centrum Doskonalenia Personelu Medycznego w zakresie medycyny taktycznej – WIM-PIB jest jego liderem, a uczestniczą w nim trzy uniwersytety medyczne. Wchodzimy dzięki temu w całkowicie nową rzeczywistość – systematycznego kształcenia i doskonalenia zawodowego personelu medycznego na potrzeby sytuacji kryzysowych. Stanowi to przełom, ponieważ właśnie kompetencje personelu zdecydują w głównej mierze o skuteczności systemu ochrony zdrowia w warunkach konfliktu zbrojnego.
Równolegle budujemy coś, czego dotychczas w polskim systemie nie było – blisko dwa lata temu instytut podjął współpracę z samorządami, które w warunkach kryzysu stanowią pierwszą linię zarządzania zasobami ochrony zdrowia w terenie. Wspólnie wypracowujemy nowe ramy współdziałania cywilno-wojskowego w obszarze zabezpieczenia medycznego – od przygotowania personelu i infrastruktury, przez identyfikację miejsc krytycznych z punktu widzenia spodziewanych strat sanitarnych, po łączność, logistykę transportu oraz zaopatrzenie w krew, leki i materiały medyczne. Powstaje rzeczywista mapa operacyjna medycznej gotowości kraju, jakiej dotąd nie mieliśmy.
Wymienione inicjatywy nie tworzą jednak spójnej, zintegrowanej struktury. Niezbędna jest skuteczniejsza koordynacja na szczeblu centralnym – bliższe niż dotychczas współdziałanie ministerstwa obrony narodowej i ministerstwa zdrowia w zakresie gwarancji finansowania, wypracowania jednolitych wytycznych oraz standardów obowiązujących wszystkie podmioty lecznicze będące w systemie bezpieczeństwa medycznego państwa. Zgodnie z zasadą centralnej koordynacji i lokalnej sprawczości.
Wracam do pierwszego pytania. Czy my jesteśmy przygotowani do wojny, skoro dopiero powstają plany, założenia, programy? Odnoszę wrażenie, że te cztery lata wojny w Ukrainie przeleciały nam przez palce.
Dysponujemy elementami systemu w rozproszeniu – podejmowanych jest wiele wartościowych inicjatyw, ale póki co nie tworzą one spójnej, zintegrowanej całości, której poszczególne komponenty byłyby przygotowane, zweryfikowane i wzajemnie ze sobą powiązane. Mamy pojedyncze cegły, ale nie mamy jeszcze muru – a czas, w którym możemy go wznieść, nie jest nieskończony.
Źródło: rp.pl | 22.02.2026 07:54
Zdjęcie: Petro Zadorozhnyy / State Border Guard Service of Ukraine
