Aleksandra Szyłło: Panie doktorze, pewien doświadczony internista powiedział mi niedawno: „U mundurowych to nawet cukrzyca i nadciśnienie jest tajne. A co dopiero problemy psychiczne”.
Płk Radosław Tworus, lekarz psychiatra, kierownik Kliniki Psychiatrii, Stresu Bojowego i Psychotraumatologii Wojskowego Instytutu Medycznego – Państwowego Instytutu Medycznego, konsultant krajowy ds. obronności w dziedzinie psychiatrii: – Bo takie dane, w większej skali, mogłyby zostać poddane analizie. Dla nas to nie jest korzystne, żeby ktokolwiek szacował, jaki procent polskich żołnierzy może np. cierpieć na cukrzycę. Żołnierz nie ujawnia publicznie takich informacji, podobnie jak nie ujawnia, co wie o liczebności czy stanie czołgów. Natomiast zupełnie odrębną kwestią jest fakt, że stuprocentowego zdrowia wymagamy od kandydatów do służby wojskowej. Ale później jest życie, bywa różnie.
A czy kandydatowi zaszkodzi, jeśli się „przyzna”, że uczestniczył w psychoterapii?
– Takie kwestie zawsze powinny być rozpatrywane indywidualnie. Jeśli np. kandydat przeżył tragedię, przypuśćmy, że jego rodzice zginęli w wypadku, i w wyniku tych zdarzeń korzystał z pomocy psychologicznej, żeby uporać się ze stratą – nie uważam, żeby to miało dyskwalifikować kandydata. Pamiętajmy jednak, że wojsko szuka osób odpornych na stres, zimno, długotrwały wysiłek fizyczny i psychiczny. Wojsko nie jest instytucją powołaną do tego, by przyjmować pod opiekę. Więc jeśli kandydat bardziej potrzebuje opieki, niż jest gotowy wykonywać zadania – to wtedy to nie jest droga dla niego. Natomiast później, jeśli mówimy o osobach już pełniących służbę – tu największym zagrożeniem jest nie choroba, tylko fakt jej ukrywania.
Wśród mundurowych częste jest przekonanie, że właściwie nie mogą korzystać z żadnej pomocy – czy to psychologa, psychoterapeuty czy psychiatry – ponieważ ślad będzie w systemie i po karierze. To prawda?
– Takie przekonanie wynika z niewiedzy i jest szkodliwe. Rozporządzenie ministra obrony konkretnie reguluje kwestie dotyczące zdrowia żołnierza pełniącego służbę. Jest to dokument jawny, powszechnie dostępny. Wynika z niego jasno, jakie choroby dyskwalifikują ze służby. Jest to na przykład schizofrenia, choroba afektywna dwubiegunowa lub ciężka postać depresji. Powód jest oczywisty: taka osoba nie może mieć dostępu do broni, na terenie jednostki mogłaby stanowić zagrożenie dla siebie oraz innych. Natomiast są też kwestie bardziej złożone. Na przykład uzależnienie od alkoholu dyskwalifikuje, o ile jest – uwaga – nieleczone. Oznacza to, że nie odejdzie ze służby ten, kto zdecyduje się na terapię, a następnie będzie dochowywał abstynencji. Natomiast powinien być zwolniony ten, kto ma problem alkoholowy, ale unika leczenia.
A czy jeśli żołnierz pójdzie do psychiatry, w pracy od razu będą wiedzieli?
– W Polsce wciąż nie mamy skoordynowanej bazy informacji medycznej. Ja tutaj w szpitalu nie mam jak szybko sprawdzić pani historii medycznej. Chyba że wcześniej leczyła się pani u nas. Ale gdyby taki system działał, mógłbym na przykład dowiedzieć się, że w przeszłości miała pani poważny wypadek, więc konkretne objawy mogą być natury neurologicznej. I to by mi ułatwiło udzielenie pomocy. Taki system jest nam potrzebny. Natomiast jest oczywiście szczególna kontrola nałożona na osoby mające dostęp do informacji niejawnych. Nie tylko w wojsku i służbach, ale np. też na prokuratorów. Wynika to z faktu, że w stanie dekompensacji, czyli ostrego kryzysu zdrowia psychicznego, możemy mówić zbyt wiele, nie mamy nad tym kontroli.
Pamięta pani medialną sprawę prokuratora, który widziany był nago w miejscu publicznym? Musi być system, który weryfikuje, czy osoby na takich stanowiskach są w stanie bezpiecznie pełnić swoją funkcję. Taka kontrola obejmuje dostęp do zasobów ZUS-u, NFZ-u czy systemu recept. To nie oznacza jednak, że żołnierz mający dostęp do informacji niejawnych – jeśli pójdzie na konsultację do lekarza psychiatry – straci pracę. Takie sytuacje muszą być weryfikowane. W razie wątpliwości ostatecznie orzeka Wojskowa Komisja Lekarska.
Czym innym jest stan obniżonego nastroju. A czym innym choroba depresyjna, niebędąca reakcją na zdarzenie zewnętrze. Kolokwialnie to wszystko nazywane bywa „depresją”. Ale medycznie i w kontekście przydatności do służby – to zupełnie różne rzeczy. Żołnierz, jak każdy inny człowiek, przechodzi różne życiowe etapy, również bardzo trudne. I tak na przykład uczestnictwo w terapii małżeńskiej nie tylko nie niesie ze sobą żadnego zagrożenia „dla kariery”, ale jest aktem odpowiedzialności.
Znam historię mundurowego, który prosił żonę, by ona poszła do psychiatry i wzięła „jakieś leki” na siebie – bo on się źle czuł, ale bał się iść ze względu na karierę. O czym to świadczy?
– Jeśli do tego doszło, to proszę zobaczyć, ile temu towarzyszy zagrożeń. Po pierwsze, taki mężczyzna nie zostanie zbadany, choć czuje, że coś jest niedobrze. Jeśli dostanie antydepresanty z drugiej ręki, przepisane żonie, nie ma żadnej pewności, że te leki w ogóle nadają się dla tego człowieka, bo lekarz dobiera zarówno lek, jak i dawkę, indywidualnie. I dalej będzie je brał bez żadnej kontroli – samopoczucia, ewentualnych skutków ubocznych, co jest niebezpieczne i może bardziej zaszkodzić niż pomóc.
A gdyby taki lekarz, powiedzmy znajomy, nawet był „wtajemniczony”, skonsultował pacjenta w domu i „tylko” przepisał receptę na inną osobę, „żeby nie było śladów”, to nadal jest ryzyko. W szczególności dla lekarza, który bierze na siebie odpowiedzialność i własną pieczątką kwituje taką sytuację. A jeśli coś się stanie?
Pojawia się pokusa, żeby „pomóc” takiemu człowiekowi, coś ukryć, coś wykombinować – żeby nie musiał tłumaczyć się w pracy.
– Odpowiem na to historią pewnego pułkownika. To było lata temu. Sporo osób zaangażowało się, żeby mu „pomóc”. Jak? Żeby nie kłaść go do szpitala, choć jego zachowanie wskazywało na taką potrzebę. Ale myślenie było takie: jakoś dociągnie, zostało mu tylko kilka miesięcy do emerytury. Nie róbmy człowiekowi pod górę, położy się na oddział, to potem będzie miał komisję. Skończyło się tak, że ten pułkownik nie dożył emerytury. Popełnił samobójstwo we własnej kancelarii. Z powodu depresji. A dla otoczenia to był szok. Koledzy nie brali tego pod uwagę, wszyscy chcieli przecież pomóc. Opowiadam to jako ostrzeżenie.
W styczniu opinią publiczną wstrząsnęła tragedia w Ustce; oficer Służby Ochrony Państwa zaatakował nożem własną rodzinę, zginęło czteroletnie dziecko. Po takich zdarzeniach pojawiają się pytania, czy to możliwe, że nikt nic wcześniej nie zauważył, że coś było nie tak.
– Nie mogę komentować historii konkretnych osób. Abstrahując więc od tego konkretnego przypadku, powiem ogólnie: kiedy dochodzi do tragedii i jest ona opisywana w mediach, często na początku wszyscy mówią: „To był świetny żołnierz, bez zarzutu”. A potem jednak się okazuje, że ten człowiek przechodził długotrwały kryzys, np. rodzinny. I to prowadziło do istotnego pogorszenia stanu zdrowia psychicznego. Albo była kwestia nadużywania substancji, uzależnienia. Należałoby więc zadać pytanie: wiedzieli, czy nie wiedzieli? Czy była jakaś realna oferta pomocy? Podkreślam, nie odnoszę tego do konkretnego zdarzenia. Mówię o mechanizmie.
Przy okazji tragedii w Ustce pojawiły się też informacje w mediach, że testy psychologiczne, którym poddawani są funkcjonariusze SOP, „od trzydziestu lat są te same”, „ktoś, kto dłużej pracuje, zamyka oczy i wypełnia na pamięć”. Jest tu coś do naprawienia?
– Jeżeli ktoś by uważał, że za pomocą jednorazowego badania można stwierdzić, czy dana osoba ma dysfunkcje, które eliminują ze służby – to już jest w dużym błędzie.
W tym kontekście nie ma nawet znaczenia, czy testy są co roku te same, czy inne. Najistotniejsze, żeby na co dzień wychwytywać niepokojące sygnały, jeśli takie się pojawiają. I działać.
Musimy odczarować myślenie, że ukrywanie jest „dla dobra”. „Dla dobra” pijącego kolegi. Albo „dla dobra” jednostki, żeby nie było skandalu, że pojawiła się amfetamina. Nie może być cichego przyzwolenia w środowisku na robienie rzeczy zabronionych, połączonego z myśleniem, że najgorsze jest ujawnienie. Najgorsze jest zamykanie oczu.
Pogarszający się stan psychiczny często zapewne najlepiej widzi żona. Bo w pracy niektórzy jeszcze ostatkiem sił długo się zbierają, trzymają. A ona w domu widzi chociażby narastający problem z używkami albo depresję. Ale ona przecież nikomu nie powie. Jakby powiedziała, to rozwód.
– Teraz mówi pani jak osoba współuzależniona. Jeśli ta żona będzie kryła chorobę alkoholową męża albo inne poważne niepokojące objawy – to właśnie wtedy skończy się to rozwodem. Albo nieszczęściem. Jeżeli dojdzie do jakiejś tragedii, on potem powie: „Ja byłem chory. A ty co? Nie pomogłaś mi. Przecież wiedziałaś”. Jedyna szansa to zmierzyć się z problemem i szukać pomocy. Tak, to jest trudne. Ona oczywiście może od niego usłyszeć: „Jak coś komuś powiesz, nie będziemy mieli kasy”.
W tym zawodzie bardziej niż w innych ujawnienie problemów psychicznych może łączyć się ze stratami finansowymi – dlatego to jest takie trudne, dla samego zainteresowanego i rodziny.
– Każdy żołnierz, który przebywał na zwolnieniu lekarskim trzy miesiące, staje przed komisją lekarską. Nie oznacza to jednak jeszcze zwolnienia ze służby. W przypadku problemu zdrowotnego związanego ze służbą wojskową mamy kategorię „zdolny z ograniczeniami”. Każdy, kto pomimo problemów zdrowotnych jest w stanie dalej pełnić służbę, zostaje. Na tej zasadzie służą żołnierze z niepełnosprawnością, np. z protezą. A także ci, którzy przeszli kryzys psychiczny, ale komisja stwierdza, że dana osoba jest w stanie służyć. To się dzieje. Osobiście podpisuję takie dokumenty. Natomiast musimy to powiedzieć: czasami naprawdę najlepsze, co może zrobić żołnierz, to napisać prośbę o zwolnienie ze służby ze względu na stan zdrowia. I jest to szczególnie aktualne teraz, w czasach zagrożenia, niezbyt stabilnych geopolitycznie. Wyjaśnię na przykładzie zaawansowanej cukrzycy, od ukrywania której zaczęliśmy.
Warunki bojowe to jest „Zestaw S”, czyli wysokokaloryczne posiłki, które nie mają być zdrowe, tylko pozwolić przetrwać zdrowemu człowiekowi. Do tego wysiłek fizyczny – nie zdrowy wysiłek, zaprojektowany pod potrzeby organizmu, tylko przeciwnie – długotrwały, wycieńczający. I bezsenność. Jeśli żołnierz na froncie miałby nosić ze sobą insulinę, to ile jej weźmie? Gdzie będzie przechowywał? A co, jak mu się skończy? Jeśli zapadnie w śpiączkę cukrzycową, to po pierwsze stanie się nieprzydatny dla kolegów, którzy na niego liczyli. Po drugie jest dla nich problemem. I to byłoby zasadne, gdyby mu wykrzyczeli: „To po cholerę tu jesteś, skoro wiedziałeś, że ciężko chorujesz?”.
I to samo możemy przełożyć na problemy psychiatryczne. Żołnierz w ostrej dekompensacji, czyli w poważnym kryzysie psychicznym, nie tylko nikomu nie pomoże, ale staje się zagrożeniem i obciążeniem dla innych.
W Stanach Zjednoczonych wielu weteranów, byłych żołnierzy czy policjantów otwarcie opowiada o kryzysach psychicznych i o tym, jak je pokonują. Tworzą podcasty, kanały na YouTubie, zakładają i promują kręgi wsparcia – ci, którzy już się uporali z kryzysem, dla tych, którzy są na początku tej drogi. U nas to jest temat tabu. Dlaczego?
– W Stanach Zjednoczonych mocno zakorzeniona jest duma ze służby i powszechny szacunek społeczeństwa dla tych, co służą w mundurze. U nas jest z tym gorzej. Niejeden polski żołnierz po powrocie z misji usłyszał: „Strzelałeś? A ilu zabiłeś?”. Takiego pytania nie wolno zadawać.
Dlaczego?
– Żołnierz realizuje cele i tym celem jest na przykład obrona ojczyzny, obrona ludności cywilnej, obrona wartości. Jeśli w części naszego społeczeństwa funkcjonuje takie przekonanie, i ono bywa głośno wyrażane, że mundurowi to psychopaci – to po pierwsze jest nieprawdą, a po drugie szkodzi, zamyka. Czy jeśli lekarzowi na stole operacyjnym umrze pacjent, to też będziemy mówili, że lekarz zabił?
Pan to porównuje? Lekarz ratuje życie.
– Oczywiście. Lekarz ma zadanie ratowania życia i zdrowia pacjenta, a żołnierz ma zadanie obrony ojczyzny.
Prawda jest odwrotna: jednym z podstawowych zadań przy rekrutacji do armii musi być eliminowanie kandydatów psychopatów. Taka osoba nigdy nie będzie dobrym żołnierzem i jest silnym zagrożeniem dla kolegów.
Psychopata z natury jest indywidualistą, który realizuje własne, doraźne cele. Charakteryzuje go brak empatii i względu na innych, silne dążenie do zaspokajania wyłącznie własnych potrzeb i brak wglądu, autorefleksji. A także brak lęku – wynikiem tego braku jest zaburzona edukacja emocjonalno-społeczna od wczesnych lat. Na takiej osobie nie można polegać, ponieważ ona jest w stanie wbić nóż w plecy partnerowi obok, jeśli wyczuje w tym swój doraźny interes.
Czy jest pan pewien, że obecnie w czasie rekrutacji faktycznie wnikliwie badają kandydatów pod tym kątem?
– Powiedziałem, jak powinno być. A czy jest? Aby realnie przebadać kandydata, konieczny jest porządny wywiad i dłuższa rozmowa z psychologiem. A my mamy niż demograficzny i jednocześnie politycy głoszą, że budujemy trzystutysięczną armię. Czy idziemy na ilość i szybkość, czy na jakość? Ale to już pytanie nie do mnie.
Dowiedziałam się ostatnio, że w niemieckiej armii żołnierz, który potrzebuje korekty płci, ma od wojska pełne finansowanie takiej procedury. A wśród najwyższych rangą oficerów są osoby niebinarne. Czy nas czeka ten temat, ta zmiana w wojsku polskim?
– Pewnie nas czeka. Ale teraz odeszła pani bardzo daleko. Bardzo daleko. My mamy jeszcze wiele do zrobienia po drodze.
Co mamy do zrobienia?
– Wzrasta liczba samobójstw w wojsku polskim. Konkretnych danych liczbowych wojsko nie podaje, ale wystarczy posłuchać doniesień medialnych, żeby zauważyć, że takie informacje słyszymy coraz częściej. To wiemy. Ale jednocześnie jest to obszar niezbadany.Najczęściej uznaje się, iż tragedia nie miała związku z pełnieniem służby. I temat jest zamknięty. Przełożeni się cieszą, bo instytucja nie musi brać na siebie tak dużej odpowiedzialności. A to nie jest takie proste.
Z żołnierzem służy cała jego rodzina. Dziecko ma problemy w szkole, a on jest na misji. Żona z czymś się zmaga, a on jest w Orzyszu na poligonie. Jego ciągle nie ma. Ale on w tym czasie przecież nie jest na imprezie, tylko wykonuje swoją pracę, dla kraju. Wraca i chciałby zaznać rodzinnego spokoju. A zdarza się, że niestety wraca – niepotrzebny. Bo relacje rodzinne w tym czasie się zmieniły, one nie stoją w miejscu. I na przykład żona wydała wszystkie pieniądze, które on zarobił, wydała na siebie, nic mu nie mówiąc. Albo znalazła kogoś, kto lepiej ją wspierał w tym czasie. Czy to wszystko nie ma związku ze służbą? Potrzebujemy tutaj profilaktyki. Dbałości o higienę służby, np. poprzez programy profilaktyczne przygotowujące żołnierzy do rozmowy z rodzinami i przełożonymi. A także dobrze pomyślaną i realną linię wsparcia dla żon.
Armia USA boryka się z gigantycznym problemem samobójstw. W Stanach Zjednoczonych więcej żołnierzy zginęło śmiercią samobójczą niż na misjach. Z ich doświadczeń widzimy, jak trudny to jest problem, bo mimo ogromnych nakładów wciąż istnieje. Ale jednocześnie tam robi się najwięcej, żeby przeciwdziałać, i to przynosi rezultaty, bo armia nie ukrywa, tylko mówi o realnym problemie.
W Stanach istnieje problem bezdomnych weteranów, ale oni są przynajmniej monitorowani. My na razie mamy bardzo mało danych, jak to naprawdę jest u nas z szeroko pojętym zdrowiem psychicznym żołnierzy. To jest pierwszy krok do zrobienia, a na podstawie tej wiedzy wdrażanie programów, które u innych już się sprawdzają.
Co jeszcze jest do zrobienia?
– Kolejny obszar to przemoc seksualna. W bazach w Afganistanie w każdej toalecie na wysokości oczu były kartki: „Jeśli doświadczyłeś/aś przemocy – zadzwoń”. I to jest numer telefonu zewnętrzny, poza strukturami armii. To jest procedura amerykańska. W przypadku podejrzenia wykorzystania seksualnego żołnierz dostaje od wojska kontakt do zewnętrznej, niezależnej, kancelarii prawnej oraz środki na prowadzenie sprawy.
U nas niestety procedury są takie, że takie sprawy prowadzi się wewnątrz instytucji. A wojsko nie może być sędzią we własnej sprawie. Dzisiaj często słychać głosy, że fali w wojsku już nie ma, że skończyła się wraz z epoką poborowych. To nieprawda.
Fala jest?
– Jest. Ona jest dzisiaj inna. Nie polega na tym, że ktoś komuś każe czyścić kibel szczoteczką do zębów. Ale jest blokowanie awansów, wniosków o przeniesienie, wyznaczanie do najgorszych zadań, blokowanie urlopu w lipcu. Nie z powodu uzasadnionej konieczności. Tylko w kontekście ustawiania hierarchii, kto pierwszy do wodopoju. W każdej zamkniętej strukturze jest fala: w wojsku, policji, klasztorze i więzieniu. I o tym należy głośno powiedzieć i wprowadzać procedury ochronne. Nie mylmy fali z dyscypliną, która w armii jest niezbędna. Krzyk na poligonie jest czymś normalnym, bo wprowadza w żołnierzu automatyzm, który zarówno na wojnie, jak i np. w sporcie, jest niezbędny. Laikowi, z boku, mogłoby się wydawać, że to jest fala, ale to nie ma z nią nic wspólnego. Powtórzę: nie prowadzimy na szeroką skalę badań ani statystyk kondycji psychicznej naszych żołnierzy, a powinniśmy.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Data publikacji: 22.06.2026, 05:33
Zdjęcie: Mateusz Skwarczak

