W ostatnich tygodniach dużo uwagi w publicznej debacie poświęca się kwestiom dotyczącym trudnej sytuacji w ochronie zdrowia. W jakim stopniu ta „zapaść” – jak mówią niektórzy eksperci i politycy – systemu ochrony zdrowia w Polsce rzutuje na to, co dzieje się w obrębie wojskowej medycyny?
Gen. broni Grzegorz Gielerak: Sytuacja finansowa systemu ochrony zdrowia bezpośrednio przekłada się na warunki funkcjonowania wojskowych podmiotów leczniczych, ponieważ ich działalność jest w całości finansowana przez płatnika publicznego. Pod tym względem nie różnimy się od podmiotów cywilnych – problemy całego systemu dotykają również wojsko. Optymistyczne jest jednak to, że w zakresie zabezpieczenia medycznego żołnierzy od 2023 roku nie obowiązuje nas już system kolejkowy Narodowego Funduszu Zdrowia. W działalności Wojskowego Instytutu Medycznego – Państwowego Instytutu Badawczego żołnierz niezmiennie pozostaje pacjentem priorytetowym, nie istnieje więc żadne merytoryczne uzasadnienie dla odmowy udzielenia mu pomocy ani jej odraczania.
Zaskoczył mnie Pan, bo dziś w kontekście systemu ochrony zdrowia trudno o pozytywne myślenie.
Ogólnie rzecz biorąc, skłaniam się ku ocenie, że szklanka jest raczej do połowy pełna niż pusta. Nie oznacza to jednak, że nie dostrzegam problemów wymagających interwencji. Przykładem są niedawne sytuacje w wojskowych szpitalach w Szczecinie i Lublinie, z powodu przekroczenia limitów czasowo ograniczono przyjęcia na oddziały chirurgii ortopedycznej. Jeżeli takie bariery obejmują również żołnierzy, prowadzi to do realnego zawężenia zakresu przysługującej im opieki medycznej. Jest to sytuacja nieakceptowalna, osłabiająca zaufanie do wojskowej służby zdrowia i wymagająca systemowej korekty. Szpitale wojskowe powinny stanowić odwód kryzysowy państwa jako instytucje zdolne do działania nawet wówczas, gdy pozostałe elementy systemu ochrony zdrowia ulegają paraliżowi.
Z opublikowanego pod koniec 2025 roku przez WIM-PIB raportu wynika, że problemy w wojskowej służbie zdrowia są poważne. Stworzony pod Pana kierunkiem dokument ma bardzo gorzki wydźwięk. Wskazujecie państwo m.in. na deficyty kadrowe i brak motywacji do służby lekarzy wojskowych.
W raporcie przytaczamy informacje pochodzące z przeprowadzonych przez nas badań i analiz. Sytuacja jest poważna. Spośród 1506 etatów lekarskich przewidzianych w strukturach armii obsadzonych jest 888, co stanowi 59% stanu etatowego – brakuje 618 lekarzy. Równie istotny pozostaje współczynnik zabezpieczenia medycznego. Sojusz Północnoatlantycki zaleca, aby na jednego lekarza przypadało stu żołnierzy. Przy pełnej realizacji obecnej normy etatowej – której i tak nie spełniamy – wskaźnik ten wynosiłby w Polsce 140 żołnierzy na lekarza. W rzeczywistości, przy obecnym stanie kadry, proporcja sięga 260 do jednego. Podane liczby powinny więc budzić niepokój. Dysponujemy największą armią lądową w Europie i dążymy do dalszego zwiększania jej liczebności. Bez zdecydowanych działań kryzys kadrowy będzie się pogłębiał – a w systemie tak złożonym jak wojskowa służba zdrowia, funkcjonującym na równie wymagającym rynku ochrony zdrowia, każde zaniedbanie uruchamia efekt kuli śnieżnej: jeden nieobsadzony etat oznacza większe obciążenie pozostałych, wyższe ryzyko wypalenia i kolejne odejścia, te zaś zniechęcają następnych kandydatów – i tak dalej.
Których specjalistów brakuje w armii najbardziej?
Podobnie jak cały system ochrony zdrowia wojskowa służba zdrowia zmaga się z niedoborem specjalistów. Młodzi lekarze niechętnie wybierają specjalizacje wymagające wieloletniego, intensywnego szkolenia – dotyczy to zarówno dziedzin zabiegowych, takich jak chirurgia czy ortopedia, jak i anestezjologii, interny, chorób zakaźnych oraz intensywnej terapii – a więc specjalności o kluczowym znaczeniu dla zabezpieczenia medycznego sił zbrojnych i na wypadek sytuacji kryzysowych. Osobnym, równie niepokojącym problemem pozostaje opieka psychologiczno-psychiatryczna: w czynnej służbie mamy zaledwie 13 psychiatrów.
Czy to oznacza, że kształcimy za mało lekarzy wojskowych, czy po prostu zbyt wielu odchodzi ze służby?
Właśnie w tym drugim tkwi sedno problemu. Przeprowadziliśmy dwa niezależne badania ankietowe – wśród lekarzy wojskowych oraz podchorążych Kolegium Wojskowo-Lekarskiego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Wyniki obu badań prowadzą do wspólnego wniosku: zasadniczym problemem wojskowej służby zdrowia nie jest wykształcenie ani przygotowanie lekarzy, ale utrzymanie ich w służbie. Inicjatywy ukierunkowane na zwiększenie limitów kształcenia nie przełożą się bezpośrednio na eliminację przyczyn niedoborów kadrowych. Decydujące znaczenie mają za to czynniki, na które wskazują respondenci: przewidywalna ścieżka kariery, gwarancja dostępu do specjalizacji, realne możliwości rozwoju zawodowego i naukowego oraz właściwe relacje z przełożonymi.
Mówi się, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to pewnie chodzi o pieniądze. Lekarze w wojsku zarabiają zbyt mało?
Nie można sprowadzać kryzysu kadrowego wyłącznie do kwestii wynagrodzeń, bo zaledwie 13% badanych wskazuje poziom uposażenia jako problem priorytetowy. Niemniej jednak lekarz wojskowy zarabia dziś od 4 do 19% mniej niż najgorzej opłacany lekarz cywilny. Brzmi to tak, jakby system każdego miesiąca, wraz z przelewem wynagrodzenia, zadawał medykom wojskowym pytanie: „płacę ci poniżej rynkowego minimum i ograniczam twój rozwój zawodowy – co jeszcze muszę zrobić, żeby przekonać cię do odejścia z armii?”. Podam konkretny przykład. W WIM-PIB prowadzimy liczne projekty naukowo-badawcze finansowane ze środków zewnętrznych, przy których pracują wojskowo-cywilne zespoły. I proszę sobie wyobrazić: ten sam projekt, ta sama praca, a wojskowy ekspert jest wynagradzany gorzej wyłącznie dlatego, że tak stanowią resortowe przepisy. Jaki sygnał wysyłamy tym ludziom? Gdy lekarz w mundurze dostrzega, że za identyczną pracę jego cywilny odpowiednik jest lepiej gratyfikowany, nie kalkuluje różnicy w złotówkach, lecz odczuwa brak uznania dla swoich kompetencji i zaangażowania, co w naturalny sposób rodzi poczucie niesprawiedliwości i podkopuje lojalność wobec armii.
Mocne. Ale skoro pieniądze to nie wszystko, to gdzie jeszcze wojskowi lekarze widzą problemy?
Większość wskazuje na nadmierne obciążenie zadaniami administracyjno-logistycznymi oraz brak perspektyw rozwoju zawodowego. Lekarz wojskowy ma ustawowo zagwarantowane prawo do specjalizacji w wymiarze 27 godzin tygodniowo, podczas gdy lekarz cywilny dysponuje 38 godzinami. W efekcie zdobywanie specjalizacji w czasie służby wojskowej jest znacznie trudniejsze i trwa średnio dwa–trzy lata dłużej niż w cywilu. Do tego dochodzą ograniczona dostępność miejsc specjalizacyjnych, duże odległości między jednostkami a podmiotami leczniczymi oraz zróżnicowane podejście dowódców do kształcenia podległych im lekarzy.
Ci, którzy mimo wszystko specjalizację ukończyli, także muszą mierzyć się z realnymi trudnościami. Tylko od woli dowódcy zależy, czy będą mogli praktykować w pobliskim szpitalu. Uzależnianie rozwoju zawodowego od arbitralnych decyzji działa silnie demotywująco i – co najważniejsze – pozostaje sprzeczne z interesem sił zbrojnych, którym powinno zależeć na utrzymaniu w służbie najlepszych specjalistów. Konsekwencje tych barier widać w samoocenie środowiska: 38% oficerów-lekarzy uznaje własne przygotowanie do działań na polu walki za niewystarczające. Mówimy zatem nie tylko o kryzysie kadrowym, ale również kompetencyjnym.
Chce Pan powiedzieć, że nie dość, że lekarzy jest zbyt mało, to jeszcze są słabo przygotowani?
Wszystko, o czym mówimy, przekłada się bezpośrednio na zabezpieczenie medyczne sił zbrojnych i szeroko rozumiane bezpieczeństwo państwa. Rolą wojskowej służby zdrowia jest bowiem nie tylko opieka nad żołnierzami, lecz także przygotowanie cywilnego systemu ochrony zdrowia do działania w warunkach kryzysu i wojny. Aby jednak mogła tę rolę spełniać, musi funkcjonować sprawnie, a tworzący ją personel powinien dysponować odpowiednimi kompetencjami. W tym miejscu ujawnia się jednak fundamentalny problem, często pomijany w dyskusjach skupionych wyłącznie na obsadzie etatów – około 72% lekarzy wojskowych nie posiada specjalizacji.
Inwestujemy ogromne środki w uzbrojenie, rozwijamy zdolności obronne, przeznaczamy znaczące kwoty na wyszkolenie i przygotowanie profesjonalnej armii. Podejmijmy zatem równie zdecydowane działania, aby ludzie, w których zainwestowaliśmy czas i pieniądze, mieli zapewnione wsparcie medyczne na poziomie, na jaki zasługują.
Moją uwagę przykuły także inne dane. Według raportu tylko 41% respondentów z Kolegium Wojskowo- Lekarskiego deklaruje chęć kontynuowania służby, 28% jest niezdecydowanych, a aż 31% postanowiło odejść z armii. Jak to możliwe, że tak wiele osób chce zrezygnować ze służby jeszcze przed objęciem pierwszego stanowiska?
Przyznam, że dla autorów raportu również było to zaskoczeniem. Co symptomatyczne, odsetek osób deklarujących zamiar odejścia z armii jest wyższy wśród studentów ostatnich roczników niż wśród rozpoczynających naukę. Oznacza to, że motywacja słabnie w miarę trwania studiów – im bliżej końca kształcenia, tym więcej osób nie chce wiązać swojej przyszłości z mundurem. Proszę zwrócić uwagę: nie mówimy o ludziach, których rozczarowała codzienna rzeczywistość służby w jednostce, nadmiar obowiązków administracyjnych czy logistycznych. Jeżeli jednak studenci, jeszcze przed wejściem w realia służby, myślą o jej opuszczeniu, nie pytajmy, co jest z nimi nie tak – zapytajmy, co w naszym systemie sprawia, że taka decyzja wydaje im się racjonalna.
Będą zarabiać mniej niż ich koledzy po fachu w cywilu, gonić po poligonach, latami robić specjalizację. Może nie powinniśmy się dziwić.
Właśnie dlatego powinniśmy zrobić wszystko, aby poprawić warunki służby lekarzy wojskowych i zatrzymać ich odejścia z armii.
Kierownictwo resortu obrony zdecydowało o reaktywowaniu Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi, a w Krakowie powstało Dowództwo Wojsk Medycznych. O jakich jeszcze zmianach Pan mówi?
Powołanie Dowództwa Wojsk Medycznych stanowi ważny sygnał kierunku zmian i potrzebną decyzję organizacyjną. Jednocześnie obecne umiejscowienie w systemie oraz zakres kompetencji wskazują na konieczność dalszej ewolucji. W dłuższej perspektywie struktura ta powinna pełnić funkcję czołowego podmiotu w zarządzaniu całym spektrum medycyny wojskowej.
Komfort służby lekarzy wojskowych zdecydowanie poprawiłoby również odciążenie ich od zadań pozamedycznych, którymi są obecnie obarczani w jednostkach. Odzyskaliby w ten sposób sporą część czasu na praktykę i doskonalenie zawodowe. Warto rozważyć także wdrożenie systemu motywacyjnego, który premiowałby podejmowanie specjalizacji kluczowych z punktu widzenia potrzeb wojska. Proponowane dodatki nie tylko wyrównałyby istniejącą dysproporcję płac między systemem cywilnym a wojskowym, ale także stanowiłyby dla medyków zachętę do rozwoju zawodowego w kierunkach priorytetowych dla armii.
Dodatkowo pierwsze szkolenie specjalizacyjne lekarze powinni odbywać w wiodących szpitalach wojskowych, funkcjonując w tym czasie w trybie etatowego stanu zmiennego [chodzi o utworzenie odpowiedniej liczby etatów dla żołnierzy, którzy są w trakcie cyklicznego szkolenia; obsada etatowa w takim przypadku może być zmienna]. Proponowane rozwiązanie pozwoli im zachować przydziały mobilizacyjne w macierzystych jednostkach i okresowo uczestniczyć w ćwiczeniach wraz ze swoimi zespołami zabezpieczenia medycznego. Dzięki temu nie stracą kontaktu z realiami służby, będą zapewniać bieżące wsparcie medyczne działań operacyjnych i – co kluczowe – systematycznie rozwijać kompetencje niezbędne w warunkach współczesnych operacji wojskowych. Uzupełnieniem tej aktywności powinny być szkolenia i certyfikacje uprawniające do działania w wyspecjalizowanych zespołach medycznych reagowania kryzysowego oraz szpitalach polowych.
Wywraca Pan stolik. Czy te pomysły były dyskutowane w Departamencie Wojskowej Służby Zdrowia?
Nie proponuję rewolucji, a jedynie sprawdzam, czy system, na którym się opieramy, nadal stoi na stabilnych fundamentach. W konferencjach organizowanych przez WIM-PIB zawsze uczestniczą przedstawiciele Departamentu Wojskowej Służby Zdrowia. Co więcej, większość propozycji zawartych w raporcie stanowią opracowania, które w ciągu ostatnich dwóch lat sukcesywnie przekazywaliśmy do Departamentu w oczekiwaniu na ich analizę i dalsze procedowanie. Trudno uznać dotychczasową współpracę za rzeczywisty dialog, choćby dlatego, że zdecydowana większość naszych inicjatyw pozostała bez merytorycznej odpowiedzi.
Czasy się zmieniają, zmienia się wojsko, zmieniają się również lekarze wstępujący do służby. Kultura organizacyjna armii wymaga nieustannego doskonalenia – nie powinna pozostawać zakorzeniona w poprzedniej epoce, podczas gdy nowe pokolenie ma zupełnie inne oczekiwania. Zatrudniając młodych lekarzy w WIM-PIB, nie słyszę pytań o zarobki – słyszę pytania o to, jak będzie wyglądał ich rozwój zawodowy w perspektywie pięciu, dziesięciu lat. Właśnie taka perspektywa powinna stać się kluczem również dla medycyny wojskowej. Planujmy kariery na 25 lat służby, stwórzmy system rozwoju i świadczeń wykorzystujący możliwości, jakie daje członkostwo w NATO – tylko w ten sposób przyciągniemy do armii i zatrzymamy w niej specjalistów najwyższej klasy.
